Katarzyna długo milczała, patrząc w jeden punkt — tam, gdzie na ścianie drżał cień nocnej lampki w kształcie księżyca.

Ale na ekranie pojawiło się imię: „Monika”. Tylko imię. Bez nazwiska. Bez dopisku. Serce uderzyło jej w gardle. Nie otworzyła wiadomości. Po prostu patrzyła na świecący ekran, jak na dowód, że jej przeczucie nie było obłędem, lecz wiedzą. Gdy Michał wyszedł z łazienki, siedziała spokojnie z jego telefonem w ręku.

— Kim jest Monika? — zapytała równo. Zastygł. Na sekundę — zbyt długą. — Koleżanka z pracy — odpowiedział szybko. — Nowy projekt… — Gratulacje z okazji narodzin syna też należą do obowiązków służbowych? Jego twarz pobladła.

Zrozumiał: przeczytała. — Katarzyno… mogę wszystko wyjaśnić… — Wyjaśnić? — jej głos stał się nieco głośniejszy, ale nadal spokojny. To było gorsze. — Wyjaśnić, że w dniu, w którym straciłam naszego syna, tobie urodził się inny? Cisza opadła jak ostrze. Usiadł ciężko na krześle, jakby ktoś wyjął z niego kości. — Nie chciałem… żeby tak się zbiegło. Nie planowałem…

— Ale ją planowałeś. Planowałeś dziecko. Planowałeś kłamstwo. Zakrył twarz dłońmi. — To był błąd. Głupota. Miałem to zakończyć. — Kiedy? Po trzecim dziecku? — jej usta drgnęły, lecz nie zapłakała. Łzy jakby wyschły na zawsze. Spróbował podejść bliżej. — Kocham cię. To prawda.