


Monika, poznawszy całą prawdę, po raz pierwszy zobaczyła w Michale nie zwycięzcę, lecz człowieka, który zawsze będzie rozdarty między strachem a obowiązkiem. — Nigdy nie należałeś do mnie — powiedziała kiedyś, patrząc na ich syna. — I nigdy naprawdę nie należałeś do niej. Należysz tylko do swojego ego. Nie wygoniła go. Ale przestała mieć złudzenia. Michał został z trojgiem dzieci — i bez poczucia władzy. Odwiedzał córkę, zabierał ją na weekendy, płacił alimenty, uczestniczył w życiu syna. Ale za każdym razem, gdy wracał do pustego mieszkania, czuł tę pierwszą rysę, od której wszystko się zaczęło.
Katarzyna powoli odzyskiwała siebie. Nie szybko. Nie łatwo. Lecz z każdym dniem jej spojrzenie stawało się cieplejsze, a ruchy pewniejsze. Pewnego wieczoru, gdy córka już spała, stała przy oknie i patrzyła na światła miasta. Straciła syna. Straciła męża. Straciła dawne życie. Ale ocaliła siebie. I to było jej cichym, niezachwianym zwycięstwem.