
Krzysztof cofnął się o krok — niemal niezauważalnie, odruchowo, jakby dotknął lodowatej powierzchni. Ramiona wciąż miał napięte, pięści zaciśnięte, ale w jego oczach pojawił się cień wahania. Nie skruchy
— Spójrz. — Co to? — Moje zapiski. Dochody. Wydatki. Kredyt na sprzęt. Ile zainwestowałam. Ile przynoszę. Nie wziął. — Nie potrzebuję liczb. — Potrzebujesz szacunku.
Po chwili jednak ją otworzył. Przerzucił kilka stron. Brwi uniosły mu się powoli. — To… aż tyle? — Tak. Zamknął. — Ukrywałaś to. — Nie pytałeś.
— Jeśli teraz powiesz, że mam to wszystko rzucić — ciągnęła — to będzie znaczyć jedno: że chcesz cofnąć mnie do miejsca, w którym byłam zależna. A ja tam nie wrócę. — To groźba? — Granica. Ścisnął teczkę. — A jeśli nie jestem gotów tak żyć? Patrzyła na niego długo.
— Wtedy będziemy musieli uczciwie przyznać, że chcemy różnych rzeczy. — Mówisz o rozwodzie? — Mówię o wyborze, Krzysztof. Drgnął. — Jesteś bezlitosna. — Jestem dorosła.
Stał przy oknie, tyłem do niej. — Nie chcę się kłócić — powiedział cicho. — W takim razie przestań próbować mnie łamać. Powoli skinął głową. — Porozmawiam z nią.
Magdalena uniosła brew. — Beze mnie? — Tak. Westchnęła. — Dobrze. — Ale jeśli naprawdę przyjedzie…
— Znajdę tymczasowe rozwiązanie. Nie kapitulację. Milczał. — I jeszcze, Krzysztofie. — Co? — Nigdy więcej nie nazywaj mojej pracy „bazgrołami”. Skinął.