Tej nocy pani Zofia Kowalska nie spała. Leżała na wąskim łóżku, wsłuchując się w oddech podwórza, i palcami badała krawędzie starego pudełka.

Anna pomogła jej posprzątać, a kobiety z okolicy — te same, dla których Zofia przez lata prała bieliznę — przychodziły jedna po drugiej. Jedne z jedzeniem, inne z kocem, jeszcze inne tylko po to, by posiedzieć obok. Po pół roku w domu powstał mały punkt pomocy dla osób niewidomych. Bez szyldu. Bez wielkich słów. Zofia siedziała przy stole i uczyła inne kobiety rozpoznawać monety dotykiem, porządkować dokumenty, nie bać się zadawać pytań.

„Ślepota nie jest najgorsza” — mówiła spokojnie. — „Najgorsze jest to, gdy obok są widzący, którzy nie chcą widzieć”. Pewnego dnia ktoś zapukał do drzwi. Michał stał na progu długo. W milczeniu.

„Mamo…” — powiedział w końcu. — „Ja…” Zofia uniosła dłoń. „Słyszę cię” — powiedziała spokojnie. — „Ale widzieć cię już nie muszę”.

Zamknęła drzwi. Nie trzasnęła nimi. Po prostu je zamknęła. I w tej chwili Michał zrozumiał: nie stracił domu,

nie stracił pieniędzy i nie stracił kariery. Stracił jedyną osobę, która kochała go bezwarunkowo. A pani Zofia po raz pierwszy od wielu lat usiadła na tej samej drewnianej ławce na podwórzu — nie po to, by czekać, lecz po to, by żyć.