


— A ja dwa lata — powiedziała cicho Maria. — I to w zupełności wystarczyło. Zwróciła się znów do Tomasza: — Mówiłeś, że kobieta ma być zapleczem. Więc informuję cię: zaplecze przestaje działać w trybie jednostronnym. Maria zdjęła pierścionek z palca. Powoli. Położyła go na stole, obok teczki. — Drugi prezent — powiedziała. — Jutro o dziesiątej składam pozew o rozwód. Mieszkanie jest wynajmowane — już dogadałam się z właścicielką. Twoje rzeczy są spakowane. Walizka stoi pod drzwiami.
— Blefujesz — wyszeptał Tomasz. — Nie odejdziesz. — Już odeszłam — odpowiedziała Maria. — Po prostu zauważyłeś to jako ostatni. Wzięła torebkę. — Miłego wieczoru — skinęła w stronę gości. — Mam nadzieję, że kopert wystarczy chociaż na odsetki. Drzwi restauracji zamknęły się za nią cicho, bez trzasku. Na zewnątrz było chłodno i zaskakująco spokojnie. Maria wzięła głęboki oddech — po raz pierwszy od dawna bez bólu w piersi.
Dwie godziny później Tomasz stał pod drzwiami mieszkania. Walizka rzeczywiście na niego czekała. Obok — ta sama teczka, przewiązana gumką, i krótka kartka: „Skoro mamie było potrzebniej — mieszkaj z mamą. Wolność opłacona w całości.” Osunął się na podłogę, obejmując głowę rękami. A Maria w tym czasie jechała taksówką — zwykłą, nie „Comfort Plus”. Patrzyła przez okno, w którym odbijała się jej twarz: zmęczona, ale zadziwiająco spokojna. Przed nią była niepewność, ale nie było już kłamstwa. A to było warte więcej niż jakiekolwiek turnusy i prezenty.