Zamknęłam zeszyt. Nie gwałtownie — przeciwnie, ostrożnie, jakby zamykała sejf w banku. Ale dźwięk wyszedł gęsty,

Spojrzałam znowu na Karolinę. — A teraz siedzisz tutaj. Jesz mój kawior. W moich skarpetkach. W mieszkaniu, które spłaciłam wtedy, kiedy banki miały uśmiechy drapieżników. I tłumaczysz mi, że jestem ofiarą. Zarumieniła się. — Nie miałam na myśli… — Miałaś — przerwałam łagodnie. — Po prostu nie zrozumiałaś, jak to zabrzmiało.

Podniosłam się. — A teraz pogadajmy o waszym „tymczasowo”. Tomasz podniósł głowę. — Mamo, no… — Cztery miesiące — powiedziałam. — Bez opłat za mieszkanie. Z rachunkami, które płacę. Z jedzeniem, które kupuję. Z kawiorem, który znajdujecie. Popatrzyłam prosto na Karolinę.

— Ile odłożyliście? Mrugnęła. — To nie takie proste… — Liczba — poprosiłam spokojnie. Pauza. — No… my… Tomasz powiedział cicho:

— Prawie nic. Kiwnęłam głową. — Właśnie. I nagle się uśmiechnęłam. Nie złośliwie. Zmęczona. — I to nie jest zbrodnia. Jesteście młodzi, chcecie żyć ładnie. Rozumiem. Drgnęła.

— To w czym problem? — W tonie — odpowiedziałam. — W tym, że postanowiłaś dawać mi wykłady w moim domu. Podeszłam do kuchenki, wyłączyłam gaz, zdjęłam patelnię. — Od dziś zasady się zmieniają. Tomasz zesztywniał. — Jakie?