Zamknęłam zeszyt. Nie gwałtownie — przeciwnie, ostrożnie, jakby zamykała sejf w banku. Ale dźwięk wyszedł gęsty,

Podniosła wzrok. — Jeśli chcesz mówić o psychologii — mów. Tylko nie z pozycji kogoś wyżej. Bo ja nie jestem projektem do terapii. Skinęła głową. Niepewnie. Ale skinęła.

Wzięłam czysty kawałek chleba. Wyjęłam z lodówki drugą, mniejszą puszkę kawioru. Otworzyłam. — A teraz — powiedziałam spokojnie — dokończmy kolację. Zanim marchew całkiem się spali. I po raz pierwszy tego wieczoru zrobiło się nam przy tym stole trochę ciasno. Ale uczciwie. I naprawdę.