Tej nocy pani Zofia Kowalska nie spała. Leżała na wąskim łóżku, wsłuchując się w oddech podwórza, i palcami badała krawędzie starego pudełka.

Tej nocy pani Zofia Kowalska nie spała. Leżała na wąskim łóżku, wsłuchując się w oddech podwórza, i palcami badała krawędzie starego pudełka. Papier w środku był gruby, nierówny, miejscami suchy i kruchy od upływu lat. Te dokumenty przechowywała przez całe dekady — nie wiedząc, co dokładnie w nich zapisano, ale pamiętając jedno: jej mąż kazał nigdy ich nie wyrzucać. „Jeśli coś mi się stanie, zanieś je do notariusza” — powiedział wtedy. Zofia skinęła głową. Zawsze tylko kiwała głową.

Ale do notariusza nigdy nie poszła. Rano Anna Mazur przyniosła kawę i kawałek chleba. „Pomyślałam…” — zaczęła ostrożnie. — „Może ktoś powinien zobaczyć te papiery?” Zofia powoli skinęła głową.

„Boję się” — przyznała. — „Michał nigdy nie chciał, żebym je ruszała”. Anna westchnęła. „Zofia, on już zrobił wszystko, co mógł. Gorzej być nie może”. Tego samego dnia Anna zaprowadziła ją do lokalnego notariusza — starszego mężczyzny o spokojnym głosie, który mówił wolno, jakby dawał słowom czas, by wybrzmiały.