Katarzyna długo milczała, patrząc w jeden punkt — tam, gdzie na ścianie drżał cień nocnej lampki w kształcie księżyca. — Psycholog nie zwróci mi syna — powiedziała w końcu cicho. — I tobie też nie zwróci… tego, kim byłeś. Michał drgnął. — Co masz na myśli? Podniosła na niego wzrok — po raz pierwszy od wielu dni naprawdę przytomny, przeszywający.
— Nas. Ciebie. To, co czuję… — urwała, jakby każde słowo kaleczyło jej gardło. — Czuję, że straciłam nie jedno dziecko. Te słowa uderzyły mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie. Zrobił krok w jej stronę i uklęknął przy kanapie, na której siedziała owinięta kocem. — Katarzyno, proszę… To nie czas na podejrzenia. Musimy być razem. Dla córki. — Dla córki — powtórzyła. — Właśnie dlatego myślę.
W pokoju zapadła ciężka cisza. Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł cichy oddech niemowlęcia — żywy, ciepły, prawdziwy. Ta mała istota domagała się troski. I prawdy. Minęły tygodnie. Dom powoli odzyskiwał pozory normalności. Pieluchy, butelki, nieprzespane noce — wszystko to wypełniało przestrzeń, wypierając ciszę. Ale w Katarzynie coś się zmieniało. Stała się uważna. Nie histeryczna — chłodno uważna. Telefon Michała leżał teraz ekranem do dołu. Coraz częściej wychodził „porozmawiać o pracy”. Jego uśmiechy były napięte, jakby przyklejone. Pewnego dnia, gdy brał prysznic, telefon zawibrował na stole. Katarzyna nie zamierzała go dotykać. Nigdy tego nie robiła. Zaufanie było dla niej fundamentem małżeństwa.
