Krzysztof cofnął się o krok — niemal niezauważalnie, odruchowo, jakby dotknął lodowatej powierzchni. Ramiona wciąż miał napięte, pięści zaciśnięte, ale w jego oczach pojawił się cień wahania. Nie skruchy

Krzysztof cofnął się o krok — niemal niezauważalnie, odruchowo, jakby dotknął lodowatej powierzchni. Ramiona wciąż miał napięte, pięści zaciśnięte, ale w jego oczach pojawił się cień wahania. Nie skruchy — nie. Raczej irytacji, że znajomy scenariusz nie zadziałał. — Bierzesz sobie za dużo na barki — syknął. — Myślisz, że skoro zarabiasz, to możesz robić, co chcesz? To wciąż nasz dom. Wspólny. A nie twoja prywatna pracownia. — Nasz — zgodziła się spokojnie Magdalena. — Właśnie dlatego decyzje powinniśmy podejmować razem. A nie po telefonie od twojej matki. Odwrócił się gwałtownie i przeszedł przez pokój, zahaczając czubkiem buta o brzeg dywanu. Zatrzymał się przy oknie, odsunął zasłonę, jakby brakowało mu powietrza. — Nie rozumiesz — powiedział już innym tonem. Głuchym, napiętym. — Nie słyszałaś, jak płakała. Mówiła, że czuje się tu niechciana. Że wybrałem ciebie zamiast rodziny.

Magdalena parsknęła krótko, bez radości. — Mówi to za każdym razem, gdy nie dostaje tego, czego chce. Krzysztof gwałtownie się odwrócił. — To moja matka. — A ja twoja żona. Zdanie zawisło między nimi jak napięta struna. Otworzył usta, po czym je zamknął, jakby szukał słów, które nie zabrzmią tak żałośnie jak poprzednie.