
Krzysztof cofnął się o krok — niemal niezauważalnie, odruchowo, jakby dotknął lodowatej powierzchni. Ramiona wciąż miał napięte, pięści zaciśnięte, ale w jego oczach pojawił się cień wahania. Nie skruchy
— Jest starszą kobietą — wydusił w końcu. — Ma ciśnienie. Serce. — Ma talent do manipulacji — poprawiła łagodnie Magdalena. — I dar sprawiania, że czujesz się winny. Zapłonął. — Znowu zaczynasz! — Mówię prawdę. Podeszła do stołu, odłożyła serwetkę, zgasiła lampę. Ostre światło zniknęło, a pokój jakby odetchnął. Ale napięcie nie opadło — stało się cięższe.
— Wiesz, co jest najbardziej bolesne? — ciągnęła. — Nie to, że twoja mama nie chce tu mieszkać. Tylko to, że nawet nie spróbowałeś mnie obronić. Po prostu przyszedłeś i zacząłeś krzyczeć. — Chciałem rozwiązać problem. — Nie, Krzysztofie. Chciałeś wydać rozkaz. Skrzywił się. — A ty chciałaś, żebym wybrał ciebie przeciwko rodzicom? — Chciałam, żebyś wybrał siebie. Nas. Nasze ustalenia.
Patrzyła mu w oczy, nie podnosząc głosu, a to działało na niego gorzej niż krzyk. — Zmieniłaś się — rzucił. — Tak. — I to ci się nie podoba. Krzysztof parsknął. — Stałaś się… twarda.
— Stałam się samodzielna. — To jedno i to samo. — Nie — pokręciła głową. — Dla ciebie tak. Bo wcześniej się dostosowywałam. Pytałam. Zgadzałam się. A teraz mam własny interes, własne pieniądze i własne zdanie. I nagle to problem. Milczał. Oddech powoli mu się uspokajał, ale mięśnie szczęki wciąż drgały. — I co proponujesz? — zapytał w końcu. — Kompromis.