…bo w środku worka leżało niemowlę. Maleńkie, owinięte w cienki kocyk, już przesiąknięty wilgocią. Jego skóra była blada, usta niemal sine, a drobne paluszki poruszały się słabo, jakby walczyło o każdy oddech. Na chwilę czas się zatrzymał. Paweł poczuł, jak coś w jego piersi pęka. — Boże… — wyszeptał prawie bezgłośnie.
Dziecko cicho zapiszczało — ledwo słyszalnie, ale ten dźwięk wystarczył, by Paweł oprzytomniał. Gwałtownie nabrał powietrza, jakby właśnie wynurzył się z lodowatej wody, i natychmiast uklęknął. W jego głowie nie było już szoku — tylko chłodna, wyćwiczona przez lata służby koncentracja. — Już dobrze… jestem tutaj… — powiedział ochryple, choć wiedział, że niemowlę nie rozumie słów. — Nie jesteś sam. Szczeniak zamilkł. Patrzył na Pawła czujnie, lecz bez wcześniejszej paniki — jakby wyczuł, że ten człowiek nie stanowi zagrożenia. Paweł szybko rozpiął swój gruby, wełniany płaszcz i bez wahania owinął nim dziecko, przyciskając je do piersi. Ciepło własnego ciała było pierwszą rzeczą, jaką mógł mu dać. Jego ruchy były pewne: sprawdził oddech, ostrożnie dotknął maleńkiego
