bo w środku worka leżało niemowlę. Maleńkie, owinięte w cienki kocyk, już przesiąknięty wilgocią. Jego skóra była blada, usta niemal sine,

czoła. Zimne. Zbyt zimne. — Wytrzymaj… — szepnął, podnosząc się. Chwycił worek, upewniając się, że w środku nic więcej nie ma, i szybkim krokiem ruszył w stronę samochodu. Szczeniak nie odstępował go na krok, przebierając małymi łapkami po zmarzniętej ziemi. Potykał się, ale uparcie biegł za nim.

Paweł otworzył tylne drzwi terenówki, uruchomił silnik i natychmiast włączył ogrzewanie na maksymalną moc. Powietrze zaczęło powoli się nagrzewać. Ostrożnie ułożył dziecko na tylnym siedzeniu, wciąż trzymając je w ramionach. Szczeniak nie zdołał wskoczyć — łapy ześlizgnęły się z progu. Paweł, już zamykając drzwi, zatrzymał się na sekundę. Wrócił, podniósł małego psa i posadził obok dziecka. — Ty też jedziesz, strażniku — powiedział cicho. Szczeniak natychmiast przytulił się do zawiniątka, jakby nadal pełnił swoją misję.

Droga do najbliższego szpitala w miasteczku zajęła dwadzieścia minut. Pawłowi wydawało się jednak, że trwa wieczność. Jedną rękę trzymał na kierownicy, drugą na maleńkim ciele, czując słabe ruchy. Każdy oddech dziecka odbijał się w nim napięciem. — Tylko nie teraz… nie na moich rękach… — szeptał przez zaciśnięte zęby. Gdy terenówka z piskiem opon zatrzymała się przed izbą przyjęć, Paweł już krzyczał: — Szybko! Niemowlę! Wychłodzenie!