bo w środku worka leżało niemowlę. Maleńkie, owinięte w cienki kocyk, już przesiąknięty wilgocią. Jego skóra była blada, usta niemal sine,

— Nie chciałam, żeby umarł… — powtarzała. — Po prostu… nie wiedziałam, co robić… Powiedziano mi, że jeśli zostawię go tam, ktoś go znajdzie… że to lepsze niż dom dziecka… Paweł słuchał w milczeniu. — I zostawiła go pani w worku? — zapytał w końcu. Eliza zakryła twarz rękami. — Bałam się… Nie mogłam patrzeć…

Paweł przypomniał sobie oczy szczeniaka. On patrzył. On został. On pilnował. Po trzech tygodniach dziecko w pełni doszło do siebie. Lekarze mówili, że to niemal cud. Nadano mu imię — Łukasz — tymczasowe, do czasu decyzji sądu rodzinnego.

Szczeniak przez cały ten czas mieszkał u Pawła. Pewnego ranka, gdy przyszedł odwiedzić chłopca w szpitalu, pielęgniarka uśmiechnęła się. — Reaguje na pana. I na psa. Paweł usiadł przy łóżeczku. Łukasz otworzył oczy — jasne, żywe. Szczeniak cicho zaszczekał i położył pyszczek na krawędzi kocyka. Mała dłoń wyciągnęła się w stronę miękkiej sierści.