Krzysztof cofnął się o krok — niemal niezauważalnie, odruchowo, jakby dotknął lodowatej powierzchni. Ramiona wciąż miał napięte, pięści zaciśnięte, ale w jego oczach pojawił się cień wahania. Nie skruchy

— Na przykład? — Lepszą wentylację. Oczyszczacz powietrza. Mogę tymczasowo przenieść klientki do wynajętego gabinetu, jeśli twoi rodzice naprawdę przyjadą. Na parę tygodni. Ale nie zamknąć wszystkiego. Nie „szukaj innej pracy”. Nie upokarzać mnie. Patrzył na nią, jakby widział ją po raz pierwszy. — Przemyślałaś to. — Bo to moje życie.

— A moje? — Ty decydujesz, jakie będzie. Usiadł ciężko na brzegu kanapy, potarł twarz dłońmi. — Nie masz pojęcia, w jakiej jestem sytuacji. — Mam. Jesteś między dwiema kobietami. Tylko jedna z nich jest twoją żoną. Podniósł głowę. — Nie zmuszaj mnie do wyboru.

— Nie muszę. Już wybierasz. Za każdym razem, gdy przychodzisz tu z jej słowami zamiast własnych. Cisza się przeciągnęła. — Powiedziała, że jeśli nie opróżnimy pokoju, już do nas nie przyjedzie — wyszeptał. — To groźba. — To ból. — To kontrola.

Zerwał się. — Ty zawsze wszystko upraszczasz! — Ty wszystko komplikujesz, bo boisz się ją rozczarować. Długo na nią patrzył. Potem nagle powiedział: — A jeśli powiem, że chcę, żebyś to wszystko usunęła… nie przez nią. Tylko dlatego, że mi się nie podoba? Magdalena powoli skrzyżowała ramiona.

— Wtedy zapytam: dlaczego milczałeś pół roku? Odwrócił wzrok. — Bo na początku mi schlebiało. Że mam żonę-mistrzynię. Klientki. Pieniądze. A potem… — zawahał się. — Potem zaczęłaś mnie mniej potrzebować. To było to. Skinęła głową.

— Dziękuję za szczerość. — To nie tak miało zabrzmieć. — Tak właśnie brzmiało w twojej głowie. Wypuścił powietrze. — I co teraz? Magdalena podeszła do stołu, wzięła teczkę spod lampy i podała mu ją.