Zamknęłam zeszyt. Nie gwałtownie — przeciwnie, ostrożnie, jakby zamykała sejf w banku. Ale dźwięk wyszedł gęsty, ostateczny. Taki, po którym rozmowy zwykle zmieniają kierunek. — Czytać dalej? — zapytałam spokojnie. Karolina przełknęła ślinę. Tomasz odsunął widelec.
Na kuchence cicho skwierczała patelnia, marchew zaczynała się przypalać, ale było mi już wszystko jedno. W środku już nie paliło — w środku było chłodno i boleśnie jasno. — Jest tu jeszcze dużo stron — powiedziałam. — O tym, jak pracowałam na dwóch etatach. O tym, jak prałam ręcznie, bo pralka padła, a nowa oznaczała brak zimowej kurtki dla ciebie, Tomaszu. O tym, jak spałam po cztery godziny i liczyłam drobne w portfelu, żeby starczyło na bilet. Znowu rozsunęłam torbę i wyciągnęłam plik rachunków. — Opłaty z dziewięćdziesiątego piątego. Prąd — trzy miesiące zaległości. Grozili odcięciem. Pamiętasz, synu? Kiwnął głową powoli.
