Zamknęłam zeszyt. Nie gwałtownie — przeciwnie, ostrożnie, jakby zamykała sejf w banku. Ale dźwięk wyszedł gęsty,

— Kupowałam wtedy świece. I udawałam, że to romantyczne. Karolina spuściła wzrok. — To manipulacja — mruknęła, ale głos zabrzmiał już cieńszy. — Nie — odpowiedziałam. — To kontekst. Pochyliłam się nad stołem. — Mówisz o zasobach, granicach, toksyczności i samorealizacji. Świetne słowa. Naprawdę. Tylko brzmią inaczej, kiedy lodówka jest pełna, a na karcie leży wypłata.

Postukałam palcem w zeszyt. — A kiedy masz chore dziecko i sto złotych do piątku, zasób to nie joga. To umiejętność, żeby nie spanikować. Karolina zacisnęła usta. — Ale pani… pani przecież wybrała taki model. Można było inaczej. — Jak? — uniosłam brew. Cisza.

— Komu zostawić trzyletnie dziecko, kiedy zamknęli przedszkole? — ciągnęłam dalej. — Za co kupić to „inaczej”, kiedy zakład stoi? Na jaką kartę przelać „granice”, kiedy nie ma gotówki? Otworzyła usta. Zamknęła. — Nazywasz to „syndromem służącej” — powiedziałam cicho. — A ja nazywam to przetrwaniem. Odwróciłam się do syna. — A ty?

Tomasz patrzył w blat. — Mamo… — Nie — przerwałam. — Dziś ty mówisz. Westchnął. — Ja… pamiętam. Po prostu… nie rozmawialiśmy o tym. — Bo się nie skarżyłam — skinęłam głową. — Nie chodziłam po kuchni z transparentami. Po prostu robiłam, co trzeba.